Home Azja Kierunek spokój, słońce i deszcz

Kierunek spokój, słońce i deszcz

2018-02-11

Lokalny autobus z trudem pokonuje coraz ostrzejsze zakręty. Może za godzinę dojedziemy do Nyaungshwe – miasteczka położonego niedaleko słynnego Jeziora Inle? A może nigdzie nie dojedziemy, kończąc w jednej z wielu zielonych przepaści? Przez sekundę zastanawiam się nad sensem życia, przebiegiem silnika i stanem hamulców, od których wyjątkowo dużo dziś zależy. Przez większość czasu jednak gapię się w piękne obrazki za oknem. Zapytasz czym one różnią się od tych w Nikaragui, Kostaryce, Wietnamie, Kambodży, Tajlandii, Indonezji? Palmy, drzewa, piach i kamieni kupa.

Tropiki wwiercają się pod skórę jak afrykańskie robale, żeby w końcu wejść w krew, a z krwią do głowy i tak w niej siedzą, żeby dać o sobie znać w czasach niepogody. Wtedy rosną jakby miały wybuchnąć. Na początku z tymi robakami chce się nawet walczyć, czymś je otruć i wyrzygać, ale przychodzi taki czas, że lepiej się poddać i po prostu z nimi żyć. Nie wiem ile ich już w sobie mam, pewnie dużo, bo kiedy szaro i buro rozsadzają mi głowę. Wymuszają na mnie rzeczy, przez które rodzice nie mogą spać po nocach.

Pomidory i opium

Mijają nas ciężarówki z kapustą, pomidorami i kalafiorami. Dystrykt Taunggyi, dzięki bardzo żyznym glebom i specyficznym mikroklimacie, zaopatrza sporą część Birmy w warzywa. Co kawałek da się zauważyć wąskie, pozornie pochłonięte przez dżunglę dróżki. Prowadzą do skromnych domków, tak skromnych, że człowiek z Zachodu od razu ma ochotę je naprawić, ogrodzić, okryć odpowiednim dachem, wnieść łóżka, szafy, podpiąć do nich prąd i zamontować telefon. Chciałby zrobić cokolwiek, żeby tylko pomóc tym ludziom, wegetującym w szałasach.

Nie zawsze jednak to, co widzimy istnieje naprawdę. Patrzymy przecież na świat przez tysiąc filtrów. Filmy, książki, internet i opowieści znajomków, którzy i tu i tam już swą stopę postawili zrobiły swoje. Podczas gdy lituję się nad losem mijanych po drodze Birmańczyków, oni mają się świetnie. Ani myślą o asfaltowej drodze, o tych wszystkich atrybutach pędzącej na oślep cywilizacji. Jest im dobrze, jak jest.

Niektórzy kręcą interesy, o których Zachód kręci kasowe seriale. W tej części Birmy localsów utrzymuje m.in. opium. Turystyka to dodatek, zresztą Mjanma nie potrafi jeszcze jej robić tak jak Tajlandia. Przekonują o tym szczególnie puste autostrady wybudowane niedawno pomiędzy największymi miastami, na których dzieci kopią piłkę. Upiornie szare hotele, w który za noc płaci się krocie. Za wysokie opłaty wjazdowe do miast (wjazd na teren Bagan na 5 dni kosztuje $25, podobnie jest z Nyaungshwe).

Wiem, że nic nie wiem

W końcu wjeżdżamy do Nyaungshwe. Monsun, przed którym uciekłyśmy z Rangun już tu na nas czeka. Wśród złowrogich kropel deszczu, spadających raz po raz z ołowianego nieba, wsiadamy do taksówki. Zaraz ma rozpadać się na dobre. Do końca naszej rezydentury w miasteczku pogoda będzie jak w kratkę. Czasem słońce, czasem deszcz. Już po trzech dniach znamy z widzenia większość mieszkańców i vice versa. Turyści wymieniają się tu średnio co dwa dni, rzadko kto zostaje tu dłużej. My się jednak nigdzie nie spieszymy. Nie odliczamy dni do końca urlopu. Nie realizujemy żadnego grubego planu.

Popijam niedobrą kawę na hostelowej werandzie i cieszę się, że nie wiem – nie wiem jak będzie za tydzień, miesiąc, rok.

Gdzie to jest?

To Ci się spodoba

Leave a Comment