Home Azja Farang na pogrzebie

Farang na pogrzebie

2018-01-29

Czwartkowe, listopadowe popołudnie. Mała wioska w pobliżu Mindful Farm, której nazwy za wszystkie skarby świata nie potrafię sobie przypomnieć. Na każdym stoliku stoi koszyk z ciasteczkami i prażonymi orzechami, tytoniem w plastikowych torebkach, zapalniczkami i suszonymi liśćmi bananowca. Nie brakuje wody w butelkach, szklanek i sztućców. Wokół mnie sami uśmiechnięci ludzie, z którymi komunikuję się spojrzeniami i rękami. Ktoś w tle bawi się z psem.

Powoli skanuję teren, zatrzymując się na każdym obiekcie na kilka sekund. W ciemnym kąciku dostrzegam trumnę przykrytą zdobnymi chustami. W powietrzu czuję intensywny zapach kadzidełek. Mnich skończył wieczorną modlitwę. Będzie jeszcze tu przychodził przez kolejne trzy dni. W poniedziałek zmarła zostanie skremowana.

– W mojej kulturze ludzie płaczą na pogrzebach, są smutni, niektórzy rozpaczają.
– My płaczemy jakieś pół godziny po śmierci bliskiej osoby.
To zdanie jeszcze przez chwilę rezonuje w mojej głowie, przywołując bolesne wspomnienia. Jedna z kobiet wyciąga mnie z ruchomych piasków przeszłości potokiem tajskich tonów. Siedzimy na dywanie w niewielkim pokoju. Zachodzące słońce złoci pomarszczone twarze. To byłyby piękne zdjęcia, gdyby tylko dało się wskrzesić baterię w aparacie…

Wszyscy jeździmy na motorze

Czas płynie niezauważony, a przecież w tym wszystkim właśnie o czas chodzi. Ile mi go jeszcze zostało? Staje się jasne, że to pytanie ma inny sens na Zachodzie, gdzie niemożność odpowiedzi na nie – boli, a jeśli nie boli to na przynajmniej uwiera. Buddyzm nauczył tych ludzi, że czas nie gra większej roli, a życie płynie bezustannie.
– Our bodies are like motorbikes. We only rent them to have a ride (tłum. Nasze ciała są jak skutery. My je tylko wynajmujemy, żeby się przejechać) – usłyszałam dzień wcześniej od Peanuta, gospodarza Mindful Farm, dwie godziny samochodem na północ od Chiang Mai. Dowiedziałam się też, że są takie chwile w życiu, w których lepiej po prostu usiąść i spokojnie wypić filiżankę herbaty. I kilka dni później przekonam się, że to faktycznie działa, bo decyzje podejmowane w popłochu szybko zamieniają się w kulę śnieżną.

Uczta

Wieś liczy około 300 mieszkańców. Wszyscy się znają. Pogrzeb to wielkie wydarzenie w życiu lokalnej społeczności. Uczestniczy w nim nie tylko rodzina, mnisi, ale też sąsiedzi i urzędnicy. W pierwszej sekundzie po przybyciu na miejsce, poznaję sołtysa wsi i jego sędziwych kolegów. Panowie siedzą w rządku i dyskutują żarliwie na jakiś temat – być może na mój, w końcu farang w tej okolicy to rzadkość.

Podczas gdy mężowie pochłonięci są rozmową i obserwacją gości, kobiety, od najmłodszych do najstarszych, uwijają się w specjalnie zbudowanej na tę okazję kuchni polowej. W menu baranina surowa i pieczona, zupy na kościach z warzywami, flaki. Zapachu mięsa unoszącego się nad przybytkiem nie da się zignorować. Na chwilę przenoszę się do Maroka podczas “Święta Barana”. Dania podawane są w miseczkach z nieco rozgotowaną kulką ryżu. Je się palcami. Najpierw nabiera się odrobinę ryżu, która dalej pełni funkcję łyżki. Całość popija się zupą, dla mnie piekielnie ostrą.

Ładowanie baterii

Po lewej stronie, kilkuosobowa grupa mężczyzn pochłonięta jest zwijaniem papierosów i popijaniem rumu z wodą. O tym nie mówi się głośno. Jest z nimi chyba zięć zmarłej, który studiował jakiś mechaniczny kierunek na uniwersytecie w Chiang Mai. Ma około 40 lat i bardzo dobrze mówi po angielsku. Ukradkiem patrzy na mnie, żeby w końcu się dosiąść i zadać mnóstwo pytań. Siedzimy przy stole przykrytym ceratą, niecałe 2 metry od trumny, pewnie godzinę a może i dwie.

Wracam do swojej chatki w Mindful Farm. Idę powoli, oświetlając błotnistą drogę czołówką, w której bateria też zaraz umrze i zostawi mnie w tej tropikalnej, bezlitosnej ciemności. Szczekające psy potęgują poczucie dyskomfortu. Czuję, że żyję.


Od kiedy pamiętam, bardziej interesowało mnie poznawanie i współodczuwanie, aniżeli zwiedzanie i pstrykanie pocztówkowych zdjęć. Może to moje przekleństwo? Byłoby przecież prościej, gdyby było na odwrót. Ostatnie doświadczenia nauczyły mnie nie planować, a robić, słuchać intuicji.

Gdzie to jest?

To Ci się spodoba

Leave a Comment