Home Azja Tbilisi, the city that loves you

Tbilisi, the city that loves you

2017-05-17

Z pozoru oklepany frazes ze Snapchata głosi, że Tbilisi to miasto, które Cię kocha.

22:00. Kutaisi. Po wyjściu z lotniska uderza nas zapach wiosny, świeżo skoszonej trawy, słońca, szczypty wilgoci. Same nie do końca wiemy czy to on zawrócił nam w nozdrzach, czy to jakiś inny magiczny składnik tej mieszanki sprawił, że mimo dystansu 2500 km od Warszawy od razu czujemy się jak w domu.

Tęcza w środku nocy

Za oknem nie widać właściwie nic, wymarzone krajobrazy Gruzji zostaje nam dzisiaj sobie wyobrazić. W słuchawkach Elvis Presley czaruje mnie wizją kieszeni wypełnionych tęczą – idealnie wpisuje się w mój nastrój. Autobus dziarsko sunie do celu naszej podróży, do miasta, które kusi obietnicą miłości.

Z Gruzji do Nikaragui

Egipskie ciemności rozświetla wiadomość od Giorgi – prosi żebym wysłała mu numer do “szefa” marszrutki. Na pierwszym możliwym przystanku podchodzę do kierowcy i po angielsku staram się mu wytłumaczyć, że chciałabym prosić go o numer telefonu. Starszy Pan patrzy na mnie zakłopotany. Nie rozumie. Próbuję po polsku, ale też bez rezultatu. Ktoś słyszy moje wypociny i mówi, że w autobusie jest dziewczyna, która mówi po polsku i po gruzińsku i na pewno mi pomoże. Uff, już myślałam, że będę musiała w jakiś sposób spróbować po prostu zadzwonić na swój telefon z komórki kierowcy… Odpisuję Giorgi i po minucie dostaję odpowiedź, że “szef” już wszystko wie, wysadzi nas w Tbilisi, w miejscu w którym on będzie na nas czekał. Równo o 2 w nocy. W Wielkanoc. Wracają wspomnienia z Nikaragui, w której też nie mówiłyśmy w lokalnym języku i w której wszystkie napotkane przez nas osoby, mimo bariery językowej, robiły wszystko, co w ich mocy żebyśmy bezpiecznie dotarły do celu.

„This is love”

Po paru godzinach jesteśmy na miejscu. Wysiadamy. Od razu rozpoznaję naszego wybawcę, podchodzę żeby się przywitać, zaczynam nawijać po angielsku, ale Giorgi milczy jak zaklęty. Po chwili na jego twarzy pojawia się wielki uśmiech, pyta czy mówimy po rosyjsku – niestety nie. To żaden problem. Wręcza nam wielką kartkę, na której jego siostrzenica wszystko nam wyjaśnia. To z nią korespondowałam po angielsku w środku nocy – pomaga rodzinie w prowadzeniu AirBnb. Nasz host pakuje nas do samochodu i przy dźwiękach Boba Marleya wiezie do miejsca, które przez parę kolejnych dni będzie naszym domem.

Wtedy po raz pierwszy czuje, że z pozoru oklepany frazes ze Snapchata nie jest tylko czczą, turystyczną obietnicą…

C.d.n.

Gdzie to jest?

 

To Ci się spodoba

Leave a Comment