Home Ameryka Śr. Oko w oko ze złym lwem

Oko w oko ze złym lwem

2017-04-12

Zaniedbane budynki o bardzo prostej konstrukcji, opowiadają smutne dzieje tego kraju. Na zmęczonych ścianach czas wydrapał wiadomość dla przechadzających się po chodnikach turystów. Nie trudno ją rozszyfrować: “Przywykliśmy patrzeć na skrępowaną postać pokonanego potwora, ale widzieliśmy tam przerażającego stwora na wolności”. Brzmi jakby znajomo.

León. Miasto założone w XVI w. i zamieszkiwane przez ok. 200 tys. ludzi. Prawie 180 lat temu stolica niepodległej Nikaragui. To tutaj w pewien upalny wrześniowy dzień zastrzelono dyktatora Anastasio Somozę. Jego śmierć wcale nie uwolnila Nikaraguańczyków od reżimu, który zapoczątkował. Wystarczy spojrzeć na Daniela Ortegę, obecnego prezydenta Republiki Nikaragui, kiedyś wielkiego bohatera rewolucji, który prowadzi wyniszczającą państwo u podstaw politykę. Politykę, która nie daje żadnych perspektyw młodym ludziom, wałęsającym się bez celu całymi dniami po ulicach lub teatralnie żującym gumy pod sklepem.

Taksówka do nikąd

Taksówkarz nie wie gdzie to jest. Jeździmy w tę i z powrotem, licząc na to, że sytuacja w magiczny sposób sama się rozwiąże. Nerwowo wyciągam telefon i łączę się z internetem. Zapłacę za to fortunę, ale innego wyjścia nie ma. Jakoś musimy dotrzeć do prawie pięćdziesięcioletniej Amerykanki, która zaproponowała nam nocleg w swoim studiu jogi. Od razu przychodzi wiadomość: “Przyjedźcie jutro przed 16:30 lub po 18:00. Mam zajęcia. Czerwona brama”. Jest 16:45.

Adresy w Ameryce Środkowej to sudoku dla zaawansowanych. Nie dość, że nie ma nazw ulic tylko numery to jeszcze ten hiszpański… Nic nie rozumiem ani z tego co mówi uroczy pan kierowca, ani ze wskazówek, wylewających się z ust przechodniów wprost na maskę naszego starego samochodu. Nikt nie kojarzy studia jogi w tej okolicy albo zwyczajnie nie wie o co mi chodzi. Domyślam się, że kula ulepiona przeze mnie na poczekaniu, z kilku niepoprawnie odmienionych słów, nie niesie ze sobą żadnej logicznej treści.

Miłe zaskoczenie

Wysiadamy. Zabieramy nasze plecaki z niedomkniętego bagażnika i niezbyt żwawo ruszamy w poszukiwaniu miejsca docelowego dzisiejszej tułaczki. Wyrabiam kolejną słowną kulę i z czarującym uśmiechem zagubionego wędrowcy rzucam ją w kierunku trzech pań, siedzących wśród ogromnych owoców na betonowym podeście. Estoy buscando joga studio – dukam. Na twarzach rozmówczyń maluje się wymowny grymas, zdradzający zakłopotanie i szczere chęci pomocy. Najmłodsza z pań wzywa posiłki. Chłopak ma może 15 lat. W każdym razie podobno wie gdzie jest to nieszczęsne studio jogi (zaczynam wątpić czy ono w ogóle istnieje). Zadowolone kroczymy z nieletnim przewodnikiem. Zatrzymujemy się przed dużą dziurą w ścianie i naszym oczom ukazują się dwaj okazali mężczyźni w rajtuzach, ćwiczący… balet. Posiłki żegnają się z nami i odchodzą. Potrzebuję chwili na opanowanie śmiechu, który słychać chyba w odległej Granadzie. Kocham podróżować. Kocham czasem nie znać języka.

Za czerwoną bramą

Jest! Czerwone, żeliwne ogrodzenie nie przypomina bram, które pamiętam z bajek o Alladynie, ale jest! Udało się. Misja zakończona sukcesem. Teraz tylko trzeba poczekać ponad godzinę na “sprawczynię” całego zamieszania. W Nikaragui panuje klimat wilgotny równikowy, czyli jest tam cholernie duszno i gorąco (i w dzień i w nocy). W powietrzu unosi się niewidzialna smoła, w której z gracją pląsają komarzyce z małymi przerwami na krwawą ucztę. Siedzimy i gapimy się w niebo. Nie widać gwiazd. Pod naszymi nogami przebiega mrówczy szlak. Owady w pocie czoła transportują rozczłonkowane liście. Podoba mi się w tym León . Coś to miasto w sobie ma. Nagle słyszymy dość dziwny zlepek dźwięków: bębenek, chyba tamburyn i radosne okrzyki rodem z pirackiego statku. Jack Sparrow we własnej osobie z dwuosobową świtą, no i oczywiście z pustą butelką po rumie. W studiu jogi nocuja też inni Couchsurferzy: Niemka, Anglik i Meksykanin, który zarabia na życie, zabawiając turystów w przebraniu słynnego bohatera “Piratów z Karaibów”. Zasiadamy przy wspólnej kolacji. Wieczorem spacerujemy po León, które w internecie słynie z niebezpiecznych, uzbrojonych bandziorów. Po zachodzie słońca w Nikaraguańczyków wstępuje drugie życie. Masowo wypełzają na ulice z krzesłami bujanymi i oddają się obserwacji nieuczestniczącej.

W León spędzamy niecałe 3 dni, włócząc się po wąskich i szerokich ulicach. Próbuję sobie wyobrazić to miasto w lepszych czasach. W głowie odmalowuję brudne ściany mijanych domków, sklepów, kościołów. Ubieram mieszkańców w nowe ubrania bez łat. Naprawiam ledwo jeżdżące samochody i koślawe rowery. Karmię wszystkie bezpańskie psy i koty. Z całych sił próbuję obalić reżim, pogrążający ten piękny i klimatyczny kraj w biedzie.

Gdzie to jest?

To Ci się spodoba

Leave a Comment