Home Europa Zjeść Madryt część 2.

Zjeść Madryt część 2.

2017-03-01

Pod zębami trzeszczą nam kryształki soli, którymi są oprószone. Rozanielone zamykamy oczy i oddajemy się na stojąco kulinarnej ekstazie. Jemy je w całości, razem z głowami, z zewnątrz chrupiące, w środku soczyste i mięciutkie – perfekcyjne grillowane sardynki w Barze Santurce.

Co jakiś czas podchodzi do nas Jegomość, u którego podekscytowane składałyśmy zamówienie i pytającym wzrokiem upewnia się czy nam smakuje. A smakuje nam bardzo! Menu jest krótkie, do wyboru: sardynki bądź kalmary. Do picia: piwo bądź wino. Wszystko okraszone uśmiechami pracowników baru, nonszalanckim wystrojem i podłogą usłaną ościami ryb oraz zużytymi serwetkami. Prosto, smacznie, bez zadęcia – na pewno wyjdziecie stąd zadowoleni, z lekko tłustymi palcami (bo przecież sardynek z głową nie wypada jeść niczym innym jak rękoma) i pełnymi brzuchami.

Churros 24/7

Na deser udałyśmy się do działającej od 1894 r. Chocolaterii San Ginés. To miejsce to prawdziwa instytucja, przygotowana na przyjęcie największych łakomczuchów 7 dni w tygodniu, 24 godz. na dobę. Już z daleka widzimy kolejkę przed wejściem. Tłumy localsów mieszają się z równie podekscytowanymi tłumami turystów. Wszyscy przyszli tu w jednym celu – churros. Jeśli zawitacie w progi kawiarni z małym głodem, radzimy podzielić się porcją. Sześć imponujących rozmiarem churros spokojnie wystarczy dla dwóch osób. Czy mimo kłębiącej się chmary ludzi warto tu przyjść? Warto, ponieważ churros są wyśmienite, choć naszym zdaniem czekolada mogłaby być trochę mniej wodnista.

Kawa między gratami i antykami

Tak rozpoczęty dzień wymaga długiego spaceru. Przechadzamy się ulicami Madrytu niespiesznie. Co chwila zatrzymujemy się, żeby coś bądź kogoś sfotografować, wchodzimy do małych sklepików z “antykami” – z zewnątrz wyglądających jak graciarnie, w środku kryjących skarby z całego świata. Przysiadamy z pyszną kawą na murku, gapimy się na ludzi, wystawiamy twarz do ostrego, grudniowego słońca. Zupełnie przypadkiem nogi zaprowadziły nas w okolice Plaza de San Miguel ,na którym to znajduje się chyba najsłynniejszy w Madrycie market i pomimo tego, że na samą myśl o jedzeniu robi nam się słabo, dziarskim krokiem wchodzimy do środka.

Mercado de San Miguel

Krokiety z dorszem, krewetkami, szynką serano bądź klasyczne, przegrzebki, sardynki, ośmiornice, małże, ostrygi, krewetki na patyku, zapiekane, grillowane lub w tempurze, patatas bravas, na oko jakieś milion rodzajów serów i szynek – wszystko podlane winem, szampanem, kolorowymi drinkami czy sangrią. Od liczby stoisk z jedzeniem i wydobywających się z nich zapachów aż kręci się w głowie. Panuje tu niesamowity gwar. Rozglądamy się wokoło z lekkim szałem w oczach. Pamiętamy ten szał z Berlina, kiedy po raz pierwszy weszłyśmy do Markthalle Neun, dlatego decydujemy się najpierw strategicznie obejść wszystkie stoiska, a dopiero później zdecydować czego spróbujemy. Mercado de San Miguel to miejsce bardzo popularne, ciężko stwierdzić czy więcej tu przyjezdnych czy localsów. Korzystają na tym właściciele stoisk, bo ceny przyprawiają o zawrót głowy. Mimo tego warto tu zajść, choćby na Aperol Spritz, rozejrzeć się po pięknym, przeszklonym wnętrzu i przy akompaniamencie gromkiego śmiechu, wydobywającego się z gardeł współbiesiadników poczuć się przez chwilę jak mieszkaniec stolicy Hiszpanii.

Policja też to lubi

Do spróbowania mamy jeszcze jeden klasyk. Z obawy o to, że pękniemy, powstrzymałyśmy się od zamówienia go na markecie. Ale wiemy, że kolejne miejsce, do którego się udajemy pobije na głowę Plaza de San Miguel. W końcu będziemy jeść kolację na placu samego Jezusa, a dokładnie na Plaza de Jesus pod numerem 7, w Cervecería Cervantes. Chyba jedynie łut szczęścia sprawia, że znajdujemy wolny stolik. Restauracja po brzegi wypełniona jest localsami, nie ma tu śladu po turystach. Czyżby nie dotarły do nich wieści o tutejszej kuchni? Przypada nam stolik w sądziedztwie ośmiu przedstawicielek płci pięknej. Na pierwszy rzut oka widać, że to już kolejna karafka wina na ich stole dzisiejszego wieczoru. Nasze sąsiadki z powodzeniem rozkręcają imprezę w całej restauracji.

I zupełnie nie przeszkadza im fakt, że wszystkie są w wieku emerytalnym. Po raz kolejny przekonujemy się, że w Madrycie starsi ludzie wieczorami nie zajmują się szydełkowaniem kapci w zaciszu domowym. To lubimy! Nasze brzuchy jeszcze nie ochłonęły po przedpołudniowych eskapadach więc przezornie zamawiamy dużą porcję ośmiornicy po galicyjsku na pół. Nie ma tu wielkiego zaskoczenia – sowicie posypana słodką papryką ośmiornica wprost rozpływa się w ustach! Po chwili do restauracji wkracza czterech poważnych przedstawicieli prawa na służbie. Przed chwilę zastanawiamy się czy nasze wesołe sąsiadki nie wpadły w tarapaty, ale policjanci witają się serdecznie z obsługą, siadają przy barze i dołączają do biesiadującego tłumu, wypełniającego po brzegi Cerveceríę Cervantes.

W tygrysich szponach

Wychodzimy na ciepły, grudniowy wieczór. Chwila zastanowienia czy wracamy na piechotę czy metrem. Madryt po zmroku kusi małymi, klimatycznymi uliczkami i roześmianymi ludźmi wypełniającymi rozliczne bary. Decydujemy się na ostatni, krótki spacer tego wieczoru. Z mocnym postanowieniem nie konsumowania już dziś żadnych hiszpańskich przysmaków ruszamy przed siebie. Po około pół godzinie docieramy w okolice Plaza de Vázquez de Mella, tak się składa że akurat w okolicach baru El Tigre musimy się zatrzymać, żeby wyjąć coś z plecaka 😉 I znowu dajemy się uwieść wesołemu gwarowi. Patrzymy na siebie porozumiewawczo, bo przecież miałyśmy już dziś nic nie jeść… No ale kto mówi o jedzeniu jeśli to jest bar?

Szybka decyzja i już jesteśmy w środku, próbując w tym zwariowanej falandze zamówić piwo. Po chwili z tłumu wyłania się przystojny kelner, niosący dwa wielkie kufle piwa i talerz uginający się od tapasów. Patrzymy na niego z lekkim obłędem w oczach, próbując łamanym hiszpańskim wytłumaczyć, że nie zamawiałyśmy nic do jedzenia. Okazuje się, że w Madrycie nie da się nie pęknąć z przejedzenia – nasze tapasy to gratis do piwa. W takiej sytuacji nie pozostaje nam nic innego jak przesunąć paski w spodniach o kolejne oczko i zmierzyć się z postawionym przed nami wyzwaniem. W końcu nasze mamy od małego powtarzały nam, że jedzenia nie można marnować.

Z El Tigre dosłownie wytaczamy się na ulice tętniącego życiem nawet w nocy Madrytu. W planach na dziś mamy już tylko łóżko.

To Ci się spodoba

Leave a Comment