Home Europa Porras w Los Pinchitos, czyli zjeść Madryt część 1.

Porras w Los Pinchitos, czyli zjeść Madryt część 1.

2017-01-18

Churros wydają się być obowiązkową pozycją w menu prawie każdej osoby wybierającej się do Hiszpanii. I słusznie, bo dobrze przyrządzone, maczane w najlepiej gorzkiej, gęstej czekoladzie potrafią wywołać kulinarną ekstazę. Ale co najmniej tak samo dobre (jeśli nie lepsze… localsi dalej spierają się w tym temacie) są porras – trochę więksi, bardziej puszyści i mniej zakręceni kuzyni churros. A jeśli jeść porras to tylko w Los Pinchitos!

“Musimy tu wejść!”

Grudzień ma to do siebie, że nawet w Madrycie nie rozpieszcza wysokimi temperaturami. Jednak nawet taka aura nie jest w stanie odstraszyć ciepłolubnych localsów od odwiedzenia stolicy Hiszpanii. Mamy do “zaliczenia” kilka ważnych punktów podczas tej wyprawy (szczegóły w kolejnym poście), ale jak zwykle, jedną z najważniejszych dla nas spraw jest poczucie klimatu miejsca, które odwiedzamy. W tym celu udajemy się na długie, fotograficzne spacery dość często przerywane spontanicznym okrzykiem z rodzaju “Musimy tu wejść!”. Taki okrzyk wydobył się z naszych gardeł niemal równocześnie pewnego grudniowego popołudnia na Calle de Esparteros w Madrycie, kiedy stałyśmy przed witryną Los Pinchitos.

Mimo, że to kawiarnia w środku jest jak w ulu. Wokół dużego, centralnie ustawionego baru zajęte są wszystkie krzesła. Właściwie to zajęta jest cała przestrzeń, bo między krzesłami każdy wolny skrawek powierzchni wypełniony jest szczelnie głodnymi klientami, którzy na stojąco, z rozanielonym wzrokiem wbijają zęby w monstrualnych rozmiarów porras. Już wiemy co trzeba tu zamówić.

Churros grandes?

Jakimś cudem udaje nam się znaleźć wolny stolik i naszym łamanym hiszpańskim próbujemy złożyć zamówienie. Jeszcze nie wiemy jak nazywają się te piękne, puszyste cudeńka tak ochoczo zamawiane przez localsów, więc mówimy, że chcemy zjeść grande churros. Kelner w podeszłym wieku uśmiecha się szeroko i po chwili na nasz stolik wjeżdżają dwie parujące, gęste, prawie smoliste gorące czekolady oraz talerz z bohaterami tego wieczoru – czterema wielkimi jak bagietki porras. Czasami w takich momentach czuję się jak bohater “Wielkiego żarcia” Marco Ferreri… Biorę głęboki wdech i zanurzam pierwszy kawałek porras w filiżance z gęstą czekoladą. Edyta patrzy na mnie pytającym wzrokiem typu: “Czy to się da zjeść”? Otóż da się! Ba, nawet trzeba!

Churrosowe gangi

Brzuchy napełnione, w końcu możemy w spokoju rozejrzeć się dookoła. Przy barze niezmiennie nie da się wcisnąć nawet szpilki. Oprócz uroczego gwaru rzucają nam się w oczy dwie rzeczy. Wszyscy barmani i kelnerzy to wyłącznie panowie w średnim i starszym wieku, a klientela Los Pinchitos oscyluje wokół 80tki. Ale nie myślcie sobie, że to kawiarnia dla tetryków. Nic bardziej mylnego! Wydaje nam się, że ci weseli staruszkowie umawiają się tu całymi grupami, ponieważ raz na jakiś czas taka wesoła szajka dziarskim krokiem wkracza do baru, rozgląda się, przekazuje sobie istotne informacje i przegrupowuje się w celu jak najszybszego znalezienia stolika. Wzbudzają w nas zarówno te ciepłe uczucia, kiedy patrzysz na pogodnych, rozgadanych starszych ludzi, korzystających z życia oraz podziw, kiedy widzisz z jakim sukcesem działają na lokalnym, przecież tak konkurencyjnym rynku wolnych stolików w ulubionych kawiarniach mieszkańców Madrytu.

Jeśli i Wy macie ochotę zmierzyć się z porras, spróbować przechytrzyć zorganizowaną grupę starszych localsów w poszukiwaniu wolnego stolika, popatrzeć na uwijających się jak w ukropie kelnerów, którzy żeby nie wiem jak by byli zajęci zawsze znajdą czas na mały żart czy rzucony w biegu uśmiech – gorąco zachęcamy Was do wizyty w Los Pinchitos.

A tymczasem, kawiarniany gwar, nagrany właśnie w tej kawiarni, przywołujący pyszne wspomnienia. Posłuchajcie.

 

Gdzie to jest?

To Ci się spodoba

Leave a Comment