Home Islandia Ciąg dalszy podróżniczych nokautów na Islandii

Ciąg dalszy podróżniczych nokautów na Islandii

2016-10-18

Powoli żegnamy się z moją ulubioną częścią wyspy – zachodnimi fiordami i udajemy się na północ. Malownicza droga wiedzie m.in. przez Hrútafjörður. Jedziemy nieśpiesznie. Z częstymi przystankami na zdjęcia albo takimi po prostu, żeby pogapić się na cudowną przyrodę. Dobra pogoda nas nie opuszcza. Jest słonecznie, wprost idealnie.

Mniej więcej w połowie dnia zaczynamy szukać miejscówki na lunch i wcale nie zajmuje nam to dużo czasu – piękne miejsca są tu niemal wszędzie. Co kilka kilometrów znajdują się tu spoty z drewnianymi stolikami i ławkami, przy których można się zatrzymać na dłuższą lub krótszą chwilę. Nie myślcie jednak, że przypominają one wiaty przy stacjach Orlen – na dowód zdjęcie poniżej. Dodam, że wszystkie były właśnie w takim klimacie. Zawsze jedliśmy lunch sami, podziwiając dosłownie WSZYSTKO dookoła. Do tej części Islandii dociera wciąż mało turystów. To lubimy.

Islandia

Historia pewnego niedźwiadka

Nocleg w okolicy Sauðárkrókur. Jesteśmy już zbyt zmęczeni na spacer po okolicy. I chyba dobrze, bo następnego poranka okazało się, że mógłby on skończyć się małym “kuku”… Mimo późnej pory i zmęczenia ciężko jest zasnąć. Organizm się buntuje, wysyła sygnały “WTF!?- jak to możliwe, że jest północ, a za oknem wciąż świeci ostre słońce?” Kolejnego dnia o umówionej godzinie wpada do nas host z AirBnB i z ekscytacją w głosie pyta czy widzieliśmy wiadomości w telewizji. Nie widzieliśmy. Z przejęciem opowiada, że wczoraj wieczorem, niedaleko naszego noclegu zastrzelono niedźwiedzia polarnego. A dokładniej niedźwiedzicę, która przypłynęła na Islandię na kawałku kry prosto z Grenlandii. Na początku nie możemy w to uwierzyć. Wydaje nam się, że coś jej się pomyliło, że to niemożliwe. Wujek Google potwierdza jednak jej wersję.

Ostatni niedźwiadek przypłynął na Islandię w 2010 r., (za: bbc.com) 6 lat później przypłynął kolejny i niestety podzielił los swoich poprzedników. Ta wiadomość bardziej nas zasmuciła niż przestraszyła. Niestety prawo na Islandii nakazuje strzelać do wszystkich niedźwiedzi polarnych, które przypływają na tę piękną wyspę – chyba, że zostanie spełniony szereg wymogów, by zwierzę można było uśpić. Takie próby podjęto w 2008 r. Niestety one również skończyły się niepowodzeniem…

Miejskie życie?

Po takim poranku humory nam raczej nie dopisują, ale pakujemy samochód i ruszamy w kierunku Akureyri – to drugi pod względem wielkości, po Reykjaviku, obszar urbanizacyjny Islandii. Jako, że zwiedzanie miast nie jest naszą mocną stroną, po drodze robimy dużo pit-stopów. Zatrzymujemy się, żeby obejrzeć kościół w Víðimýri. To kryta darnią (jedna z pięciu na Islandii) świątynia z XIX w. zgłoszona do wpisania na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Po drodze jeszcze Glaumbær i już kierujemy się w stronę Eyjafjörður – najdłuższego islandzkiego fiordu w tej części wyspy. Oczywiście nie powinno nas to zaskoczyć, że droga w kierunku Akureyri jest niezwykle spektakularna! Płyniemy przepięknymi dolinami, gdzie jak na nieszczęście nie możemy się zatrzymać, ale chłoniemy te obrazy oczami (ja w bonusie robię snapy przez okno, żeby podzielić się tym wszystkim ze znajomymi).Nocleg w hostelu w Árbót – pośrodku niczego, dosłownie (bo przecież miasta nie są naszą mocną stroną). To będzie nasz dom na kolejne 2 dni.

To musiało się udać! Spotkanie z uroczymi kolosami

Następnego dnia zrywamy się ciut wcześniej (trochę się już do tego przyzwyczailiśmy – wyśpimy się po powrocie do Polski) i jedziemy do Húsavíku. To dość duże miasto, ale nie ono jest celem naszej wyprawy. Po zanurkowaniu w specjalne, ciepłe kombinezony od razu pakujemy się na łódź i ruszamy na spotkanie z wielorybami. Húsavík to baza wypadowa takich eskapad. I znowu pogodowe szczęście nas nie opuszcza – jest bajecznie! Spokojne morze i słońce. W drodze na spot widzimy mnóstwo maskonurów. Niektóre z nich nieudolnie próbują złowić sobie śniadanie, lecąc nisko nad powierzchnią wody. Grube brzuszki i małe skrzydła tych ptaszków czasami zmuszają je do niezamierzonego nura pod wodę. Mimo wszystko, maskonury trzymają fason i po wypłynięciu na powierzchnię bez żadnej zdobyczy udają, że taki był plan.

Trochę krążymy po wypłynięciu z zatoki. Niektórzy zaczynają się niecierpliwić, ale ja wiem, że dzisiaj zobaczymy wieloryby. Mam takie przeczucie. Takie samo jak na Sri Lance – po prostu wiem, że się uda. Niedługo potem widzimy pierwszą fontannę na wodzie. W i e l k i wieloryb. Ku uciesze wszystkich, strzela wdzięcznie do góry hektolitrami wody, malując przy tym piękną tęczę. To jedna z tych chwil, kiedy łzy same cisną się do oczu. Nie robię zdjęć, jestem tak zauroczona, że nie mogę oderwać wzroku od miejsca, z którego przed chwilą wystrzeliła podwodna tęcza.

Wiem, że za chwilę nastąpi ciąg dalszy tej historii i wieloryb pokaże nam swój ogromny ogon. Kolos wyłania się powoli na powierzchnię. Mam wrażenie, że mruga do nas porozumiewawczo i mówi: „Przygotujcie aparaty, zaraz będzie ogonowa popisówa”… i majestatycznie nurkuje waląc swoim pięknym ogonem o taflę wody. Potem znika na długi czas. A że islandzkie wieloryby, które w tym czasie pluskały się w naszej okolicy, to urodzeni aktorzy, kolejni „artyści” nie dają na siebie długo czekać. Za chwilę pojawia się kolejna fontanna i kolejna tęcza i jeszcze jedna i jeszcze… Na to widowisko mogłabym patrzeć godzinami. Każdy wieloryb powoduje u mnie podobne wzruszenie i ścisk w dołku – ścisk szczęścia. Po kilku godzinach rozemocjonowani wracamy do Húsavíku – ten dzień na długo pozostanie w naszej pamięci.

A spadająca woda podwyższa ciśnienie jak nic innego

Po wczorajszych wrażeniach wydaje mi się, że już nic piękniejszego nie uda mi się zobaczyć na Islandii, ale ta bezczelna wyspa znowu postanowiła utrzeć mi nosa. Dziś dzień wodospadów. Jökulsá á Fjöllum ma rozmach, bo dostarcza wody aż trzem wodospadom w tej okolicy: Dettifoss, Selfoss i Hafragilsfoss. Na pierwszy ogień idzie Selfoss, który leży kilometr powyżej słynnego Dettifoss. Jest imponujący, wysoki na 10 metrów i szeroki na 27. Robi wrażenie, ale jego łatwa dostępność równa się sporo turystów. Kolejny to Hafragilsfoss – z tej wielkiej trójki przeze mnie najsłabiej oceniany. Na koniec zostawiamy sobie wisienkę na torcie – Dettifoss.

To był strzał w 10: wschód!

IslandiaProwadzą do niego dwie drogi: albo od zachodu (droga asfaltowa) albo od wschodu (droga żwirowa). Wiemy, że większość ludzi wybiera łatwiejszą trasę, dlatego bez zastanowienia kierujemy się na wschód. Po kilkudziesięciu kilometrach, dosłownie w podskokach dojeżdżamy na miejsce. Udaje nam się uniknąć pękniętej przedniej szyby… Żwir dość mocno strzela spod kół, ale nie bójcie się dojazdu do wodospadu od wschodniej strony – to nie jest droga “typu F”, więc spokojnie można pokonać ją osobówką. Trzeba po prostu ostrożnie jechać. Natomiast widok wodospadu od wschodu jest wart każdego potencjalnego wgniecenia na samochodzie. Wydawało mi się, że po zobaczeniu Wodospadów Wiktorii na Zambezii nie będzie mi dane doświadczyć czegoś równie spektakularnego (no chyba, że Iguazu, a to jeszcze przede mną! Detiffoss przerósł jednak moje najśmielsze oczekiwania. Ciężko jest opisać co się wtedy czuje, ale przed oczami macie szeroki na 100 metrów i wysoki na 45 metrów próg, przez który przelewa się średnio 193m3 wody na sekundę. Zapewniam Was, że huk wody jeszcze długo po powrocie będzie wam szumiał w uszach.

To widowisko zapiera dech w piersiach! Nigdy nie zapomnę tej sekundy, w której zobaczyłam i usłyszałam Dettifoss – stałam jak zaczarowana i gapiłam się na niego (jestem pewna, że miałam otwartą z wrażenia buzię). Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Nie mogłam się ruszyć. Zamurowało mnie. Pamiętam, że w głowie kołatało mi tylko jedno niecenzuralne wyrażenie: ”ja p……..”. I tak przez dobre parę minut.

Nirvana, ale nie ta Cobainem

IslandiaPo jakimś czasie udało mi się ochłonąć i ruszyłam bliżej w stronę progu. Wiedziałam, że wybór wschodniej strony wodospadu był strzałem w 10! Po zachodniej stronie, w ogromnej chmurze wody (nawet wiatr na Islandii był nam przychylny) kłębiły się tłumy przemoczonych do suchej nitki turystów, nieudolnie usiłujących robić zdjęcia aparatami owiniętymi w reklamówki. Tymczasem ja kulturalnie usiadłam na skale w niedalekiej odległości od progu wodospadu i oddałam się czemuś, co jestem w stanie określić tylko jako kompletną nirvanę.

Dettifoss jest magiczny. Czaruje od pierwszego wejrzenia, kusi żeby podejść bliżej, usiąść i wsłuchać się w niego. Patrzenie na tony wody przelewające się przez niego ma działanie wręcz hipnotyzujące. Nie umiem powiedzieć czy siedziałam tak godzinę czy dwie… Chłonęłam każdą sekundę całą sobą, nic innego wtedy nie istniało. Tylko ja i ten kosmiczny wodospad. Ciężko było się z nim rozstać. Do tej pory oglądam filmiki, które wtedy nakręciłam i za każdym razem robią na mnie takie samo wrażenie – hipnotyzują, sprawiają, że zapominam o całym świecie i chcę się tylko gapić na tę wodę, więcej, dłużej, mocniej.

 

To Ci się spodoba

1 comment

Zobacz dlaczego zabił mnie Dettifoss | The Locals Do 2016-10-30 at 12:00

[…] Więcej: Ciąg dalszy podróżniczych nokautów na Islandii […]

Reply

Leave a Comment