Home Europa Przepis na Islandię – jak nie Ring Road to co?

Przepis na Islandię – jak nie Ring Road to co?

2016-10-11

Instrukcja obsługi Islandii jest dość prosta. Lądujecie w Keflaviku, odbieracie samochód z wypożyczalni, wskakujecie na „jedynkę” i jedziecie albo w lewo albo w prawo. I tak oczywiście też warto, bo na Ring Road znajduje się wiele miejsc, które przyprawią Was o zawroty głowy. Niestety droga ta omija ten dziwny kawałek Islandii, wyglądający trochę jak przerośnięta łapa trolla dziabnięta przez osę.

Najrzadziej odwiedzana część wyspy to?

Westfojrds. I moim zdaniem najbardziej wyczesana. Opowieści o znakach drogowych mówiących, że niedługo będzie stacja benzynowa i jeśli wydaje Wam się, że możecie mieć taką potrzebę, to lepiej łyknąć porcję paliwa teraz, bo kolejna dopiero za 300km… – to tam. Opowieści o samotnym przemierzaniu bezkresnych dróg bez spotkania jakiegokolwiek innego samochodu z turystami czy miejscowymi… – to też tam. Opowieści o krętych, niebezpiecznych, wąziutkich drogach typu “po jednej stronie fiord, po drugiej przepaść, a w oczach dziki szał”… – to też tam (ale te akurat są trochę przesadzone).

Islandia

No dobra, drogi na zachodnich fiordach to nie żadna teksańska Katy Freeway i to prawda, że często nie ma barierek i tak potrzebnych lusterek, ale spokojnie można je pokonać osobówką. Ba! Widziałam wielkie kampery z zadowolonymi niemieckimi emerytami za kółkiem, które też radziły sobie całkiem nieźle. Ale przede wszystkim opowieści o nieziemskich widokach (te opowieści wcale nie są przesadzone). Tak, Westfjords to najrzadziej odwiedzana część wyspy. To tam znajdują się miasteczka zamieszkiwanie przez 200-300 osób, które zimą wydają się zupełnie odcięte od świata. Ale i z tym Islandczycy na luzaku sobie radzą. Podróżując po zachodnich fiordach dosłownie co chwilę widzimy lotniska. Choć lotniska to chyba za dużo powiedziane, właściwie są to po prostu pasy startowe.

Ale od początku. Wracamy do mojego przepisu na Islandię. Po odebraniu samochodu w Keflaviku skierowaliśmy się w stronę przeciwną niż większość turystów czyli nie na Vik, gejzery i najczęściej fotografowane wodospady tylko na zachodnie fiordy właśnie. Na pierwszy ogień idzie półwysep Snaefellsnes. Pamiętacie pierwszy wpis o Islandii? To tutaj! Już pierwszego dnia ta bezczelna wyspa przyłożyła mi swoim pięknem między oczy. Ciężko powiedzieć czy lepiej zobaczyć Hraunfossar czy może Park Narodowy Snæfellsjökull. Wszystko zależy od tego ile czasu możecie przeznaczyć na tę część wyspy. Najlepiej oczywiście zobaczyć po drodze WSZYSTKO!


Mentalna stopklatka!

Dojeżdżamy do Grundarfjörður na nocleg, padnięci po intensywnym dniu, ale z megabananem na twarzy. Dopiero co liznęliśmy Islandii, a już wiemy, że to dziewucha z charakterem. Takie lubimy  Na drugi dzień pobudka o 6 rano… Dooobra, wyśpimy się jutro, bo przecież prom nie będzie na nas czekał, a jaramy się zachodnimi fiordami i po wczoraj chcemy więcej, dużo więcej. Mycie, śniadanie, pakowanie i już jesteśmy w drodze do Stykkishólmur. Wskakujemy na poranny prom i mamy 3 godz. na podziwianie zatoki Breiðafjörður. Około południa dopływamy na miejsce i znowu ładujemy się do samochodu. Kierujemy się w stronę Bíldudalur, gdzie mamy nocleg, ale po drodze wpadamy w okolice Látrabjarg, czyli najdalej wysuniętego na zachód miejsca w Europie – 441 metrowy klif robi piorunujące wrażenie. Sama droga w to miejsce jest tak epicka, że co chwilę zatrzymujemy się, żeby robić zdjęcia i nakarmić oczy widokami. Chłoniemy każdy fiord, każdą zatokę, Zieleń gryzie w oczy, pyszni się w słońcu – to jeden z tych momentów, kiedy masz ochotę zrobić mentalną stopklatkę i zatrzymać go w pamięci na zawsze.

Islandia

Modelki na etacie

IslandiaLátrabjarg to nie tylko piękna przyroda, chociaż to wystarczyłoby w zupełności. Miejsce to upodobały sobie sprytne maskonury, które jak widać, też lubią się pobujać w ładnych okolicznościach przyrody. Tych śmiesznych ptaszków nie jest tam wiele. Na klifach jest ich wprost zatrzęsienie! Całe rodzinki chillują się w okolicy, prężą muskuły do wielkich luf aparatów nielicznie przybywających tu turystów. Chyba wszystkie maskonury mieszkające w tym miejscu przeszły casting na modelki. Zero tremy, za to pełen profesjonalizm. A to myją sobie dzióbki, a to ustawią się z lewego profilu, potem przeskakują na prawy, dochodząc do wniosku, że są wtedy bardziej fotogeniczne. Stają na jednej nodze, otwierają dzioby, pakują Ci się praktycznie prosto na aparat mówiąc: „A kuku”. Nigdzie indziej na wyspie nie widzieliśmy ich tak wiele i tak wyluzowanych. Jeżeli podczas swojego tripu na Islandii chcecie zobaczyć maskonury, to jest zdecydowanie najlepsze miejsce, żeby to zrobić.


IslandiaKolejny dzień na zachodnich fiordach to nasz pierwszy duży wodospad. Dynjandi – czwarty pod względem wielkości wodospad na Islandii i jeden z moich ulubionych. Wysoki na 100 metrów Fjallfoss (wodospad ma 2 nazwy) robi na nas piorunujące wrażenie. Pogodę mamy bajkową, świeci ostre słońce, które co prawda nie jest dobre do zdjęć, ale mocno umila nam lunch w okolicach wodospadu. Nawet najbardziej wymięta kanapka smakuje jak marzenie w takich okolicznościach przyrody: szum spadającej wody, bryza która przy takim słońcu przyjemnie chłodzi, a przy okazji maluje bajkową tęczę. Nie wiadomo już co chłonęłam wzrokiem, kiedy na okoliczny parking podjechał pierwszy „Ogórek”, którego zobaczyłam na Islandii. Szaleję ze szczęścia, rzucam w kąt jedzenie i biegnę w jego stronę z aparatem w dłoni. „Ogórek” należy do kanadyjskiej pary, która sprzedała wszystko i podróżuje po świecie. Aż mnie ściska w dołku z zazdrości, ale takiej mega pozytywnej – też tak chcę, mało tego  – też tak kiedyś zrobię.

Jeśli macie czas, to w okolicy warto zajrzeć do Hrafnseyri, żeby obejrzeć urocze, torfowe domki. Tego wieczoru dojeżdżamy na nocleg do Ísafjörður, jak na islandzkie warunki to prawdziwa metropolia – ponad 2500 tys. mieszkańców, ale nie bardzo mamy siły na jej zwiedzanie. Mały spacer i lądujemy w łóżkach. My oraz kot sąsiadów, który musi być mocno zaprzyjaźniony z naszym hostem z AirBnB, bo włazi sobie niepostrzeżenie w nocy przez uchylone okno do naszego domu i po kolei odwiedza nas wszystkich z rozkoszą, wykładając się na kołdrze i głośno mrucząc nam do snu. Islandzkie koty nie zawracają sobie głowy konwenansami. Zwierzak zostaje u nas na całą noc, a rano domaga się miziaków od każdego. Bez ceregieli ładuje się na kolana, głośno mruczy, pląsa wesoło po całym mieszkaniu i usiłuje pakować się do każdego plecaka. Aż żal wyjeżdżać…

To wcale nie koniec Islandii. Niebawem kolejna dawka!

Pod galerią znajdziecie mapkę z opisaną trasą.

To Ci się spodoba

Leave a Comment